Polska i UK, ale bez żadnego „międzynarodowego show”. Raczej spokojnie, po swojemu.
Ślub w kościele na końcu ulicy św. Jana — takim trochę schowanym, trochę poza głównym ruchem. W środku cisza, skupienie i ten klimat, który robi się sam, bez kombinowania.
Potem kilka kroków dalej i zupełnie inny świat.
High Five, elegancko, ale bez tej typowej weselnej „sztywności”. Wszystko dopracowane, a jednocześnie bardzo na luzie. Najbliżsi ludzie, dużo rozmów, dużo bycia razem. Bez tłumu, bez chaosu.
I to chyba najbardziej zapadło mi w głowie z tego dnia — że nic nie było robione „pod coś”.
Po prostu dla siebie.
Ewa i Barry dokładnie w tym wszystkim – spokojni, blisko siebie, bez grania czegokolwiek więcej.