Są takie śluby, gdzie od rana wiadomo, że będzie dobrze. Dużo śmiechu, dużo luzu i nikt specjalnie nie udaje, że jest poważnie (mimo że to w końcu ślub).
Przygotowania minęły dokładnie w tym klimacie – u Karoliny spokojnie i bez większej spiny, a u Mateusza klasyczne przygotowania z kolegami, czyli raczej więcej śmieszków niż poważnego „panowie, to dziś ten dzień”.
Willa Domańskich zrobiła tu zresztą świetne tło dla całej historii. Piękne miejsce, dużo zieleni, światło jak trzeba i przestrzeń, dzięki której goście mogą po prostu być razem – trochę na parkiecie, trochę w ogrodzie, trochę przy stołach.
Lubię takie wesela. Bez nadęcia, bez wielkiego scenariusza. Za to z dużą ilością prawdziwych momentów gdzieś pomiędzy.
Karo i Mati są jedną z tych par, przy których niczego nie trzeba specjalnie wymyślać. Wystarczy chwilę pobyć obok i rzeczy dzieją się same.
Nie będę się rozpisywać, bo jak wiadomo – nigdy nie byłam w tym najlepsza.